Przejdź do głównej zawartości

Węgrzy w powstaniu warszawskim. Część I - Puszcza Kampinoska

1 sierpnia 1944 r. Po 5 latach wojny, w Warszawie rozpoczyna się powstanie. Polacy walczą przeciwko niemieckiemu okupantowi. Wśród sojuszników Rzeszy są m.in. żołnierze z kraju, który z Polską łączyło wiele w dziejach - Węgrzy. Wróg czy przyjaciel?

Węgierski huzar, lato 1944 r.

Po porażkach na froncie wschodnim wraz z Niemcami wycofywanie się przed Armią Czerwoną rozpoczęło też kilka dywizji węgierskich. W momencie wybuchu powstania w okolicy Warszawy stacjonowały II Korpus Rezerwowy, składający się trzech dywizji (5., 12. i 23.) oraz kawaleryjska 1. Dywizja Honwedów - łącznie około 30 tys. żołnierzy. Dowódcą Korpusu początkowo był gen. Antal Vattay, a później gen. Béla Lengyel* niegdyś węgierski attaché wojskowy w Warszawie. Do początku sierpnia Węgrzy podlegali niemieckiej 2. Armii, a następnie 9. Armii gen. Nikolausa von Vormanna. Węgierskie jednostki ulokowane były na północy, w okolicy Puszczy Kampinoskiej, oraz na południu w okolicach Piaseczna i Zalesia. Ich zadaniem było umacnianie niemieckiego kordonu wokół Kampinosu. 1 Dywizja Honwedów Mihálya Ibranyiego stacjonowała w Płońsku, a 23 dywizja Gustáva Deseö i 5 dywizja László Szabó miały za zadanie blokowanie prowadzących od południa dróg do Warszawy. 12 Dywizja Béli Németha obudowywała swoje pozycje miedzy Warszawą a Puszczą Kampinoską, a jej zadaniem było zapobieganie ruchom partyzantów wspomagających powstańców.

Kontakty z Grupą AK "Kampinos"

Węgierskie oddziały stacjonowały w Puszczy Kampinoskiej od końca lipca 1944 r. Meldunki Grupy AK "Kampinos" przekazywały informacje o oddziałach węgierskich przemieszczających się w kierunku Truskawia oraz z Modlina w kierunku Warszawy. Powszechnie wiadomo było o przychylnym nastawieniu Węgrów wobec tamtejszej ludności. Nie można jednak stwierdzić, że ta postawa była regułą. Meldunek z dnia 11 sierpnia informuje o dotkliwych rekwizycjach m.in. koni oraz zrabowaniu wsi Borzęcin. Dokument możecie zobaczyć poniżej.

Meldunek sytuacyjny z dnia 11 VIII 1944 r., zbiory Archiwum Państwowego w Warszawie


Coraz wyraźniej widoczne było zmęczenie Węgrów, trwającą wojną. Dało się również zauważyć rosnącą niechęć do Niemców, którzy w tę wojnę Węgrów wciągnęli. Potwierdza to relacja kpt. Józefa Krzyczkowskiego "Szymona", pierwszego dowódcy AK "Kampinos". W czasie powstania niemieckie plany przewidywały utworzenie zapory miedzy przebywającym w Puszczy oddziałami polskimi a Warszawą. Zadanie to niemieckie dowództwo przydzieliło Węgrom. Wiedząc o tych planach dowództwo Grupy „Kampinos” zdecydowało się na rozmowy dotyczące wycofania oddziałów węgierskich z Truskawia i Sierakowa. Obawiano się niepotrzebnych walk między polskimi partyzantami a żołnierzami węgierskimi. Rozmowy te nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Ich efektem był jedynie zwrot ośmiu koni i czterech karabinów, zatrzymanych wcześniej przez Węgrów. Pułkownik węgierski nie chciał w tej sytuacji podejmować samodzielnie tak zdecydowanych działań. Oznajmił jedynie, jego najważniejszym celem jest powrót na Węgry. Krzyczkowski podaje również informację o kilkudziesięciu honwedach**, którzy przyłączyli się do polskich partyzantów.

Podobne rozmowy prowadził por. Adolf Pilch "Dolina". Celem ich było nakłonienie Węgrów do wspólnej walki przeciwko Niemcom, lub co najmniej uzyskanie zapewnienia o neutralności. Ponadto starano się o przekazanie (wykupienie) broni i amunicji. Co do pierwszego punktu rozmów czyli zawieszenia broni węgierski pułkownik zgodził się dość szybko. W drugiej kwestii polska delegacja nie osiągnęła swojego zamierzenia. Węgier argumentował swą decyzję utratą sporych ilości broni i amunicji na poleskich bagnach. Ponadto pozostałą ciężką broń Węgrzy oddali Niemcom. Jak twierdził "Dolina" nastąpiło to bo, 
tu w Polsce Niemcy Węgrom nie dowierzali
Upoważnienie dla delegacji polskiej mającej prowadzić rozmowy z Węgrami,
zbiory Archiwum Państwowego w Warszawie

U boku Polaków

O żołnierzach wegierskich stacjonujących między Puszczą a Warszawą wspomina  także Józef Załucki "Wielopolski". Oddział wychodząc z Kampinosu natknął się na przebywających w tamtym rejonie Węgrów. 
Oficerowie, którzy przyszli na rozmowę, powiedzieli, że: "My nie słyszeliśmy i my was nie znamy". Oni siedzieli sobie cicho, a my normalnie przeszliśmy.

Załucki podaje również informację, że później wielu Węgrów służyło w jego jednostce.            Oddajmy głos innym walczącym Polakom. Stanisław Znajewski "Kujawiak" wspomina:

(...)Węgrzy nie tylko, że przychylnie do nas się odnosili... To był marsz nocny. Proszono tylko, żebyśmy się nie zbliżali do samych działobitni. Później, kiedy wracaliśmy, również przechodziliśmy przez pozycje węgierskie i to był dzień. Tak, że w stosunku do Węgrów zachowałem bardzo ciepłe wspomnienia. Trudno mi nazwać w pełni sojusznikami, ale jednak zasłużyli sobie na naszą pamięć. 

Wiadomo, że ogółem do Grupy "Kampinos" dołączyło aż kilkudziesięciu węgierskich ochotników.  Większości przydzielono zadania pomocnicze, takie jak pełnienie służby wartowniczej i zdobywanie zaopatrzenia. Dowódcy polscy i węgierscy ustalili, że honwedzi przekażą Polakom trochę broni, co niosło ze sobą wielkie ryzyko. Złapanych na tym procederze Węgrów Niemcy gotowi byli traktować jak zdrajców i rozstrzeliwać. Taki los niestety spotkał kilku żołnierzy, spoczywających dziś na cmentarzach w Konstancinie i Podkowie Leśnej.


Konstancin-Jeziorna, grób nieznanego żołnierza węgierskiego


Obecność Węgrów na tych terenach nie trwała długo. Niemcy zorientowali się, że nie mogą im ufać. Gen. Vormann w raporcie z 21 sierpnia stwierdzał: 
We wschodniej części Puszczy Kampinoskiej zebrały się grupy band narodowych z zadaniem dostarczenia świeżych posiłków dla powstania warszawskiego. Brakuje nam sił do odcięcia ich od Warszawy. Trzeba również zaniechać używania do tego celu wojsk węgierskich, ponieważ bardzo wzrosło niebezpieczeństwo ich zbratania się [z powstańcami].

Bitwa pod Jaktorowem

Żołnierze z "Kampinosu" spotkali się z wojskami węgierskimi także po wyjściu z Puszczy. Pod Jaktorowem, stacjonujące tam oddziały węgierskie, pozorowały branie polskich partyzantów do niewoli, ratując ich w ten sposób przed Niemcami. Według relacji Zbigniewa Ściwiarskiego "Bożka", podczas jednej z takich „inscenizacji” pojawiło się kilku esesmanów, z zamiarem odebrania Węgrom ich polskich jeńców. Żołnierze węgierscy nie zamierzali jednak przekazać Polaków Niemcom, twierdząc, że jeńcy należą do nich. Obie strony zaczęły się wzajemnie przekrzykiwać, w końcu Węgrzy chwycili za broń, celując w esesmanów. Niemcy uznali, że w tym przypadku nic nie osiągną i nie podjęli dalszych działań.

Podobną relację przedstawia st. strz. "Lis" (N.N.). Gdy Polacy w padli w pułapkę Niemców stało się coś całkowicie niespodziewanego. Mały Węgier, kilkunastoletni, podbiegł do polskiego dowódcy i błyskawicznie odebrał mu pistolet. Węgierscy żołnierze szybko odczytali tan znak, bo po chwili otoczyli i rozbroili polskich partyzantów. I tym razem esesmani nie zamierzali ustąpić. Szczęśliwie dla Polaków, i ta sytuacja zakończyła się odejściem Niemców, prawdopodobnie ze względu na znaczną przewagę Węgrów.

Takich opowieści jest więcej. Oddajmy głos Jerzemu Koszadzie ps. "Harcerz"
(...)mój brat dostał się do niewoli węgierskiej. To jest ciekawa sprawa, bo Węgrzy odegrali tutaj bardzo istotną rolę. Mianowicie oni pozorowali, [branie] do niewoli naszych żołnierzy, po czym, jak zapadał zmrok, to po dwóch trzech ich wypuszczali, broń oczywiście niestety musieli oddać. W ten sposób mój brat się ocalił.

Szacuje się, że pod Jaktorowem Węgrzy uratowali od kilkudziesięciu do nawet stu lub więcej polskich partyzantów z Grupy "Kampinos". W samej bitwie poległo dwóch węgierskich żołnierzy, którzy zdecydowali się na walkę u boku Polaków.


*ciekawostka językowa: Lengyel to po węgiersku Polak

** używam tu spolszczonej wersji węgierskiego słowa honvéd, które odnosi się do żołnierzy wojsk węgierskich w XIX i XX w.

KLIKNIJ TUTAJ  i przeczytaj drugą część artykułu 

Komentarze

  1. Do tej pory nie interesowałam się tą tematyką zbyt szczegółowo, ale warto poczytać o tych odległych wydarzeniach i pielęgnować pamięć o bohaterach tamtych dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, na pewno jest jeszcze wiele historii do odkrycia.

      Usuń
  2. warto poczytać o tych wydarzeniach i pielęgnować ich pamięć

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno warto pamiętać o tamtych dniach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie można zapominać o tej części historii.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo wartościowy wpis. Dzięki podobnym tekstom można się wiele dowiedzieć o ważnych momentach w naszej historii :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze, że piszesz na ten temat. Ważne jest to, by kolejne pokolenia pamiętały.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Najchętniej czytane

"O rycerzach, śmiertelnych intrygach i bajecznych majątkach", A. Ormańczyk, I. Ormańczyk

Lubicie historię? Chcecie rozwikłać tajemnice z przeszłości? A może po prostu czujecie zew przygody? W takim razie zajrzyjcie do tej książki. Blog "Nieustanne Wędrowanie" czytam już bodajże od trzech, czterech lat. Jego autorki, Aneta i Ines, od wielu lat przemierzają Dolny Śląsk, a szczególnie Ziemię Średzką w poszukiwaniu miejsc z historią. I w zdecydowanej większości nie są to miejsca, gdzie najpierw trzeba odstać w kolejce po bilet. Niezmiernie ucieszyłam się, gdy na blogu pojawiła się informacja o nadchodzącej książce.  Książka jest bardzo ładnie wydana. Przyciągająca wzrok, niemal baśniowa okładka, czytelna czcionka, a wewnątrz mnóstwo fotografii.  Treść to czternaście rozdziałów, w których autorki tropią legendy, dawne historie i lokalne podania.  Jednak takie wyprawy to nie jedynie odwiedzenie jakiegoś miejsca. To przede wszystkim żmudna praca wśród kronik, starych map, przekazów ustnych. Z każdej strony książki bije niezwykła pasja autorek i samozaparcie w poszuk...

"Staroobrzędowcy. Historia, wiara, tradycja", K. Snarski - recenzja

Chętnie poznaję ciekawostki o różnych kulturach świata. Lubię też książki o tematyce związanej z naszymi wschodnimi sąsiadami, szczególnie z Rosją. Dlatego, przeglądając czytelnicze zasoby aplikacji z e-bookami, moją uwagę przykuła publikacja o staroobrzędowcach. Pobrałam książkę... i już nieco się zdziwiłam. Dlaczego? Wcześniej nie sprawdziłam liczby stron i okazało się, że to w zasadzie książeczka. Raptem 84 strony, wraz z  fotografiami i bibliografią. No nic, zaczęłam czytać.  Wypadałoby wyjaśnić jeszcze kim są tytułowi staroobrzędowcy. Mowa tu o ortodoksyjnym wyznaniu wywodzącym się z prawosławia. Staroobrzędowcy nie uznali XVII-wiecznych reform patriarchy Nikona, wspieranych przez cara Aleksego I, stając się tym samym wrogiem cerkwi i państwa. Prześladowani uciekali z Rosji m.in. na tereny Podlasia, wtedy części Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tyle o staroobrzędowcach wiedziałam przed lekturą.  Więcej o początkach tego wyznania możemy dowiedzieć się z pierwszych pięc...

Fagan B., "Krótka historia archeologii" - recenzja

                 Książki popularnonaukowe mają w przystępny sposób przybliżyć nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia. W takim przypadku nie obędzie się bez wielu uproszczeń, przywołaniu – zwłaszcza w dziedzinach humanistycznych i interdyscyplinarnych – zaledwie kilku teorii, podanych najczęściej w bezrefleksyjny sposób. Sięgając po „Krótką historię archeologii” Braiana M. Fagana miałam to na uwadze. Jednak zachęcona pozytywnymi opiniami i instytucjami, które zgodziły się patronować pozycji, sięgnęłam po nią – wręcz z niecierpliwością.                I powiedzieć, że to dosyć przeciętna – jak nie mniej – pozycja, to w zasadzie nic nie powiedzieć. Pierwszym zastrzeżeniem – choć lekkim, nie oceniajmy aż tak po pozorach – było to, że nie napisał jej archeolog, a antropolog. Różnica? Znacząca i to naprawdę mocno rzucało się w oczy w trakcie...